Blog filmowy, Blog muzyczny, Blog filozoficzny. Blog wysoce kulturalny, ot co.
RSS
niedziela, 11 stycznia 2009

Poznajcie Marylę. Maryla ma 64 lata, troje dzieci i jak widać nieźle się trzyma. Maryla jest  jedną z bohaterek moich koszmarów, a także nieświadomą sprawczynią zamachu na moje życie.

 

Pamiętam jakby to było wczoraj - wyczerpana intelektualnie po x-godzinach filozoficznych dysput stałam na przystanku naiwnie licząc na to, że autobus przyjedzie punktualnie. Autobusy jak to autobusy, rzadko są punktualne. Niby jest się na to przygotowanym, ale nadzieja pozostaje. Machinalnie przeglądałam okładki czasopism znajdujących się na wystawie kiosku stojącego nieopodal. Aż tu nagle mój wzrok zatrzymał się na okładce z której spoglądała blondwłosa panna, której twarz nijak nie pasowała do żadnej z dotychczas mi znanych. Przebiegłam wzrokiem nagłówki z okładki w poszukiwaniu nazwiska tejże panny. Znalazłam. Rodowicz. Sucha bułka, którą jadłam stanęła mi w gardle. Krztusząc się usiłowałam uporządkować kotłujące się w mojej głowie myśli i z godną filozofa logiką podsumować fakty.

1) Z okładki miesięcznika "Dobre rady" za 1,5 zł spogląda na mnie dziewczyna wyglądająca na młodszą ode mnie, która okazuje się być sześćdziesięcioczteroletnią Marylą Rodowicz (?!).

2) Marylę Rodowicz można obejrzeć kilka razy w tygodniu w TV. Wygląda tam staro i na pewno nie jaro.

3) Po jaką cholerę zmieniać kogoś nie do poznania, skoro WSZYSCY wiemy jak wygląda naprawdę.

A wygląda tak:

4) Czy gazecie za 1,5 pln w ogóle opłaca zatrudniać grafika, który aż tak by ją wyretuszował?

Uciekłam z miejsca wypadku.          

Miesiąc temu dwudziestoletnia Maryla ponownie do mnie wróciła i tym razem mogłam przyjrzeć się także zawartości artykułu "Męża nigdy nie krytykuję". I znowu zaczęłam się zastanawiać. Po co retuszować nie do poznania okładkę kiedy w środku są zdjęcia bez retuszu? Logika rządząca magazynami dla pań, które wiedzę o tym "Jak przeżyć zdradę przyjaciółki" czerpią z gazety nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Zrobiłam zdjęcie okładki na pamiątkę i umieściłam czasopismo w kartonie z napisem "makulatura".

Nie mam nic do photoshopa. Wręcz przeciwnie. Jestem estetką i lubię rzeczy ładne. Kiedy oglądam sesje z Vouge czy CKM, to nie po to, aby z bliska przyjrzeć się cellulitis na udach modelek. Chce zobaczyć ładne osoby, w ładnych ubraniach i makijażach. Dlaczego wtedy photoshop mi nie przeszkadza?

1) Zwykle potrafię poznać osoby fotografowane

2) Nie pokazują mi się codziennie w swojej naturalnej krasie, więc nawet nie mogę wskazać na nie palcem i powiedzieć "To nieprawda, wcale tak nie wyglądasz".  

3) Osoby te zarabiają wyglądem. I dobrze. Każdy robi to co umie. Kupuję krem za 240 pln, bo chcę wyglądać jak one. Niech walczą o swój nieskalany wizerunek. W głębi duszy nawet podziwiam ich samozaparcie do tego aby nawet na spacer z psem wyruszać w pełnej krasie. Może i są brzydkie. Może i maja trądzik i krzywe nogi. Co mi tam, dam się nabrać.

Maryla mnie oszukała. W środku magazynu znalazły się zdjęcia, na których wygląda zwyczajnie. Tak jak Maryla wyglądaćpowinna. Miała zmarszczki i podwójny podbródek. Po co więc ten cały retusz? Czar trwał krótko - prysł po zajrzeniu do środka. A niesmak pozostał. Na długo.

Do dzisiaj łudzę się, że Maryla o całym zajściu nie wiedziała, a pan grafik chciał po prostu zasłużyć na premię i pokazać co potrafi.  Tylko czy rzeczywiście w photoshopie chodzi o zmianę rysów twarzy nie do poznania?

Tuż przed Świętami zostałam zmuszona do zrobienia sobie zdjęcia legitymacyjnego. Pod wpływem impulsu, weszłam do pierwszego z brzegu zakładu fotograficznego i poprosiłam o takową usługę. 

Siedzieliśmy sobie z panem pseudofotografem w małym białym pokoiku.

Pan pseudofotograf: To może się pani uśmiechnie?

Ja: [podnoszę kąciki ust]

Pan pseudofotograf: Ale tak żeby pokazać zęby.

Ja: Jest pan pewien, że na zdjęciu legitymacyjnym konieczne jest pokazanie zębów?

Pan pseudofotograf: No nie, ale to ładnie wygląda.

Ja: A mogę wyglądać nieładnie? Jak ja?

Pan pseudofotograf: No dobrze

Pan pseudofotograf: Jak pani poczeka piętnaście minut, to panią wyretuszuję.

Ja: A co chciałby pan we mnie retuszować przez piętnaście minut?

Pan pseudofotograf: No nie wiem. [wzrusza ramionami]. Teraz każdy chce.

Ja: To ja nie chcę.

KONIEC

Porozmawiałam o tej sytuacji z roślinką. Stwierdziła, że gdyby dołączała zdjęcie do CV, to na pewno by je wyretuszowała.

Po powrocie do domu dopadły mnie wątpliwości. W końcu moje zdjęcie zostanie użyte tylko raz, w legitymacji, ale... Przyjrzałam się fotografii dokładnie. Włosy rzeczywiście jakoś tak dziwnie sterczą, a po oczach widać, że mam lepsze rzeczy do roboty niż sen. Ale słowo się rzekło.

Koszmar z Marylą w roli głównej czasami do mnie powraca. Mam dwadzieścia jeden lat, a kobieta, która mogłaby być moją babcią wygląda młodziej, ładniej, lepiej. Jest super. Wstaję w środku nocy i wypatruję zmarszczek.

17:40, negativna
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 17 listopada 2008

Zima się zbliża. Warto "zabespieczyć" się przed grypą.

Pozdrowienia dla Pań farmaceutek z apteki na Starym Rynku. Za poprawę humoru. Jak widać wyższe wykształcenie nie zawsze zobowiązuje.

 

23:52, negativna
Link Komentarze (6) »
niedziela, 16 listopada 2008

 

Tim Burton pisze Parkerem

 

 Przeglądając listopadowy "Press" trafiłam na ciekawą reklamę piór firmy "Parker". Przedstawia ona wyrwana kartkę z notesu, na której widać Tima Burtona, postacie z jego filmów (m.in. Żukosoczek, Edward Nożycoręki i Gnijąca Panna Młoda) oraz bardzo charakterystyczne dla jego stylu rysunki.

Całość sygnowana jest hasłem "Napisz własną historię".
Wszystko bardzo ładnie i ciekawie połączone. Jak widać gdzieś tam na Zachodzie żyją kreatywni twórcy reklam. Fajnie.

Grupą docelową reklamy są osoby w wieku 25 lat i więcej, ze średnim wykształceniem i takimi też dochodami.

Prezentowane w reklamie pióro to model Sonnet z wykończeniem Ciselé, wart jedyne 779 PLN.

Mega burżujski opis pióra: "Współczesna elegancja kolekcji SONNET, świetny styl i nowoczesne wykończenia zgodne z dziedzictwem PARKERA, uosobione w perfekcyjnym nacięciu na stalówce z 18-karatowego złota, napawającego dumą (!?) klipsu w kształcie strzały i doskonałym wyważeniu pióra".

I tu pojawia się pytanie. Czy przeciętny trzydziestokilkulatek ze średnimi dochodami jest sobie wstanie pozwolić na takie pióro? Jak myślicie?

Bonus na koniec - na stronie Parkera można znaleźć "symulator pisma Parkera" i przez chwilę poczuć się pięknym, młodym i bogatym ;)


23:06, negativna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 października 2008
Poczta Polska inspiruje mnie od zawsze. Dzięki niej wiem jak powinnam się zachować kiedy ktoś przerywa mi śniadanie, ona odkryła przede mną prawdziwe znaczenie słowa 'priorytet', wreszcie nie pozwala zapomnieć, że w Polsce istnieje tylko jeden słuszny doręczyciel listów.

Zupełnie przypadkowo znalazłam się dziś na stronie PP. Wtedy to mym oczom ukazał się napis "Zapraszamy na przetarg na przedmioty z niedoręczalnych przesyłek pocztowych!" Wiedziona kobiecym instynktem postanowiłam bliżej przyjrzeć sie tej sprawie i kliknąć "więcej".

Niedoręczalna przesyłka to najprościej rzecz ujmując przesyłka, która nie dotarła do adresata (np. adresat umarł, wyprowadził się, odmówił jej przyjęcia), a nie mogła wrócić do nadawcy, gdyż nie podał on adresu zwrotnego. Tak osamotniona paczka ląduje na Wydziale Niedoręczalnych Przesyłek w Koluszkach, a stamtąd wędruje wprost do nowych właścicieli (w ramach licytacji sumnie zwanej przetargiem).

A cóż ludzie sobie przesyłają? Różności :) Jeszcze ciekawsze są określenia nadane przez panów i panie z PP. A o to w co np. możemy zaopatrzyć się na takiej wyprzedaży:
  • chusteczki higieniczne 1 opak. 10 szt.- wycenione na 1 zł. miejmy nadzieję, że nieużywane.
  • chusteczki higieniczne 2 opak. - wycenione na 0,20 zł. oj tych to chyba jednak ktoś użył ;)
  • części plastikowe 5 opak. po 100 szt. - po prostu idealny prezent dla fanów plastiku, części do konkretnych rzeczy (komputerowe, telefoniczne) mają swoje osobne kategorie, więc chyba chodzi o jakieś resztki ;)
  • dezodorant w kulce 50 ml za jedyne 1 zł (to okazja, dezodorant w sztyfcie kosztuje już 2 złocisze)
  • garnitur damski 3-częściowy - 8 zł (chyba jakiś po przejściach skoro klapki w rozmiarze 45 wycenili tak samo)
  • gra - 20 zł (PP nie była widocznie wstanie rozszyfrować, czy chodzi o cd-rom czy też 'chińczyka')
  • granulki do udrażniania, mydło, papier toaletowy, żel do WC - fajny zestaw. przyda się każdemu. w dodatku kosztuje tylko tyle co 0,5 litra coca coli w promocji, czyli 2,50 zł
  • instrument muzyczny - tutaj PP okazała się równie tajemnicza jak w sprawie gry. instrument pewnie unikatowy skoro tak trudny do rozszyfrowania (sprawdziłam: gitarę i flet mają, więc chodzi o coś bardziej wyrafinowanego), cena: 20,00 zł
  • kajdanki erotyczne (tylko 4 zł) - uprzedzam, że nie chodzi o te z futerkiem (są osobno), a jest ich naprawdę sporo, aż 12 osobnych pozycji!
  • komplet - bateria, smycz 2 szt. - skoro komplet to pewnie smycz na baterie. a jakże! (16 zł)
  • komplet - podpaski higieniczne, 2 opak. chusteczki higieniczne (2,50 zł) - yeah :D
  • komplet - stringi, stanik, smycz - a pomyśleć, że komuć szykował się tak intrygujący wieczór ;) - 10 zł
  • kostka do WC (1 zł) - jak za darmo. nic tylko brać.
  • organy (80 zł) - oby to nie były czyjeś nerki.
  • papier toaletowy - 0,10 zł (hmmm....)
  • szampon (po terminie) - to tylko 1 zł, a komuś jeszcze może sie przydać ;)
  • szczoteczka do zębów - zakres cenowy 0,75 zł - 3 zł (jakaś z wyższej pólki zapewne)
  • tajemnice uwodzenia (4 zł) - i nie jest to książka! kolejny niezidentyfikowany obiekt.
  • toy joy 1 op. (5 zł) - nawet nie chcę pytać co to jest. ciekawym polecam google ;)
  • wdzianko czarne (1,25 zł) - że co? wdzianko?
Wnioski:
  • często wysyłamy rzeczy, których nazwę i przeznaczenie ciężko paniom i panom z PP rozszyfrować.
  • przesyłamy dziwne rzeczy - vide rolka papieru toaletowego
  • transport paczek do Koluszek troche kosztuje. czy rzeczywiście warto przewozić chusteczki higieniczne?!
  • wyceny były chyba dobierane losowo do produktów
  • aż łza się w oku kręci, bo towaru nie można licytować via internet.
  • PP źródłem radości każdego dnia :)
Ot taki spontaniczny rozluźniający wpis.
Dobranoc.
01:28, negativna
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 września 2008
plakat promujący serial
Osobiście uważam, że HBO jest stacją, która kręci najlepsze seriale. Wystarczy spojrzeć na "Rodzinę Soprano", "Seks w wielkim mieście", "Kompanię Braci", "Sześć stóp pod ziemią" czy też "Carnivale". Każdy perfekcyjnie zrealizowany. Co prawda Showtime emituje "Dextera" i "Californication", ale pamiętajmy, że kiedy powstawał pierwszy odcinek "Dextera", HBO kończyło emisję piątego już sezonu "Rodziny Soprano". O czymś to świadczy.

7 września świat ujrzał najnowszą produkcję HBO - "True Blood".

Jak można się domyśleć serial opowiada o wampirach. Ale nie o byle jakich. Wampiry z "True Blood" ujawniły się i poprzez organizację "Vampires League of America" żądają tych samych praw co ludzie. A wszystko przez wymyślony przez Japończyków (jakżeby inaczej) specyfik - syntetyczną krew, sprzedawaną w supermarketach, która zaspokaja wampirzy głód. Główną bohaterką serialu jest kelnerka Sookie (?!), która potrafi czytać w myślach i której życie zmienia się diametralnie kiedy ratuje z opresji przystojnego (powiedzmy) wampira Billa. Dwa pierwsze odcinki, które się ukazały skupiają się głównie na chemii między Sookie (uwielbiam to imię), a Billem. Wiadomo, że kiedyś zrobią coś poważniejszego niż trzymanie się za rękę, ale twórcy przeciągają ten moment niemiłosiernie ;)


Ale nie o treści chciałam pisać, a o potencjale serialu. Zważywszy na wampirzą tematykę, przez którą połowa widzów HBO skreśli produkcję nawet bez obejrzenia chociażby jednego odcinka oraz hardcorowe (jak na TV) sceny seksu, serial rekordów popularności nie pobije. Przypomina mi trochę "Carnivale", które było serialem genialnym, ale niestety zbyt metaforycznym i górnolotnym dla przeciętnego amerykańskiego widza. Przypomnę jaki był koniec tego serialu: Zamiast sześciu serii nakręcono dwie, a produkcję zakończono po chyba najbardziej emocjonującej scenie obu serii razem wziętych. Dużo wątków nie doczekało się rozwiązania, a widzowie obeszli się ze smakiem.

Oglądalność pierwszego odcinka była tragiczna - przed telewizorami zasiadło jedynie 1,4 mln widzów (dla porównania pierwszy odcinek odświeżonego "Beverly Hills 90210" obejrzało 4,9 mln osób; oglądalności pierwszego odcinka "House" /14,77 mln/ nie biorę nawet pod uwagę - w końcu FOX to telewizja ogólnokrajowa). HBO wymyśliło jednak jak podwyższyć tę liczbę. Z racji tego, że każdy odcinek emitowany jest kilkukrotnie stacja sumuje wyniki otrzymując w ten sposób nawet ponad 4 mln widownię. W HBO działa potężne lobby wspierające "True Blood" (podejrzewam, że to scjentolodzy) - okazało się, ze pomimo średnich wyników (drugi odcinek obejrzało 400 tys. osób więcej) już zamówiono drugi sezon serialu.

A czy serial warto oglądać? Poniżej moja subiektywna ocena:

Czołówka:
Moim zdaniem jedna z najlepszych jakie kiedykolwiek powstały. Klimat rodem z "Urodzonych morderców". Od obejrzenia pierwszego odcinka minęły 3 dni, a ja nadal nucę muzykę z opening credits. To trzeba obejrzeć:

Klimat serialu:
Typowe południowoamerykańskie miasteczko: szeryf, który zna imię i życiorys każdego mieszkańca, bar w którym miejscowa elita grywa w bilard, śpiewny akcent. Dodajcie trochę kryminału, trochę romansu, dużo typowego mrocznego wampirycznego klimatu). Dla mnie fantastyczny (Ale ja jestem dziwna - do dziś oglądam "Czarodziejkę z Księżyca).

Wyobraźcie sobie taką scenę: Wspomniana kelnerka i wampir siedzą przy jednym stoliku. Patrzą sobie w oczy. On seksownym niskim głosem mówi: "Sookie... To niezwykłe imię... Sookie...". Nie da się nie wybuchnąć śmiechem. Podoba mi się to, że twórcy traktują serial z takim dystansem. Możliwe, że się mylę i to było na poważnie. Zobaczcie i podzielcie się ze mną swoją opinią. Dodatkowo smaczki obyczajowe, typu aluzje do adopcyjnych skłonności Angeliny Jolie ("Angelina adopts vampire baby" - mega dobre) i mała prywata w wykonaniu HBO (dziecko jednej z bohaterek chce oglądać ten program, a Sookie określa Billa jako przystojnego w stylu bohaterów z TCM - obie stacje należą do grupy medialnej Time Warner).

Aktorstwo:

Sookie - wspomniałam już, że uwielbiam to imię? Anna Paquin, aktorka odtwarzająca tę rolę to nie byle kto. W końcu ma już Oskara (za "Fortepian"). W serialu gra postać dziwną, typu najpierw zrobię, a później pomyślę. Trochę irytuje (zachowuje się jak 16-nastolatka przezywająca swoją pierwszą miłość). No i ten akcent (chwilami, zwłaszcza kiedy szybko mówi, mam wrażenie, że się zaraz udusi). No ale niektórym może się spodobać. Ogólnie sprawia wrażenie osoby z problemami natury psychicznej.

Ben - moim zdaniem średnio przystojny jak na wampira za którym każda dziewczyna pójdzie w ogień. Dodatkowo sprawia wrażenie śmiertelnie poważnego (w odcinku, który wyciekł uśmiecha się - szkoda, że w oficjalnej wersji to wycięli). Ale powiedzmy, że coś magnetycznego w sobie ma. Może chodzi o to spojrzenie "spode łba"?

Reszta:
Mamy do czynienia z galerią naprawdę ciekawych drugoplanowych postaci. Tara - przyjaciółka Sookie o naprawdę ciętym języku, wnosi dużo radości do serialu. Jason (brat Sookie) - zwykle uprawia seks, więcej o nim na razie powiedzieć nie można. Lafayette - kucharz-gej (kolejna radosna postać).

Muzyka:
Naprawdę dobrze dopasowana do akcji serialu. Kiedy ma być romantycznie to tak właśnie jest. Dużo gitarowego grania. To lubię.

Inne:
To, że Sookie słyszy myśli innych to bardzo dobry pomysł. Wypada fenomenalnie zwłaszcza w scenie kiedy to wiadoma para spotyka się po raz drugi w barze. Myśli bardzo dobrze i głośno ilustrują rzeczywiste sądy ludzi. Naprawdę efektowne.

Warto dodać, że twórcą serialu jest Allan Bell, scenarzysta "American Beauty" i pomysłodawca "Sześciu stóp pod ziemią". Klasa sama w sobie. Nie sugerujcie się jednak tymi tytułami, bowiem z "True Blood" nie mają niczego wspólnego. Serio.

Czy warto go obejrzeć?
Cóż. Drugi odcinek jest dużo lepszy od pierwszego. Dlatego polecam obejrzeć obydwa, a dopiero później wyrobić sobie o nim opinię. Nie natnijcie się jednak na krążącą w sieci wersję nieoficjalną. W wersji emitowanej w TV kilka scen wycięto, kilka dodano, a aktorka która grała Tarę, została wymieniona na dużo lepszą. Ten serial albo się polubi, albo od razu odrzuci. Ja polubiłam i obejrzę do końca.
22:44, negativna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 sierpnia 2008
[REC] reklamowany jest jako kolejny po "Labiryncie Fauna" i "Sierocińcu" fenomen hiszpańskiego kina grozy. Jeśli jednak spodziewacie się czegoś w rodzaju wspomnianych filmów czeka Was wielki zawód, bowiem [REC] oprócz kraju powstania nie ma z nimi nic wspólnego.
wtorek, 12 sierpnia 2008

Pełna mobilizacja: część druga.

Będę pisać często. Codziennie. Albo nawet rano i wieczorem. Albo lepiej: rano, wieczorem i jeszcze w czasie przerwy obiadowej. Potrafię się przecież zmotywować, prawda? ;)

Filmy, które będę prezentować przez kolejne trzy wpisy to tzw. druga serii "The Hire". Jej producentami wykonawczymi oprócz Davida Finchera byli bracia Ridley i Tony Scott, co wpłynęło na zmianę klimatu filmów - nie znajdziemy już tu tkliwych dramatów, a raczej typowe kino akcji (w dobrym tego słowa znaczeniu)

"Ticker" - Joe Carnahan ("As w rękawie", "Na tropie zła")

Kierowca przewozi tajemniczego mężczyznę z równie tajemniczą walizką. Ściga ich helikopter, który za wszelką cenę chce ich zestrzelić. Motywem przewodnim filmu jest pytanie "Ile jest warte życie jednego człowieka?"



Joe Carnahan jest niewątpliwie najmniej znanym reżyserem spośród wszystkich, którym powierzono realizację filmów z serii. Sama jego twórczości nie znam w ogóle, ale to co znalazłam w sieci pozwala mi stwierdzić, że "Ticker" nie odbiega znacznie stylem od reszty jego filmów. Carnahan był współautorem scenariusza i ze swojej roli wywiązał się znakomicie. "Ticker" jest moim zdaniem bardzo dobrym połączeniem filmu akcji z dramatem, co wcale nie często się udaje.

Uwagę z pewnością przyciągają świetne i dynamiczne zdjęcia autorstwa Mauro Fiore, operatora w takich filmach jak "Dzień Próby", "Łzy słońca" czy też "Wyspa". Kręcenie z ręki po raz kolejny okazało się strzałem w dziesiątkę. Kolejnym elementem budującym klimat filmu jest muzyka skomponowana przez Clinta Mansella etatowego współpracownika Darrena Aronofsky'ego, autora partytur m.in. do filmów "Pi", "Requiem dla snu", "Źródło" oraz takich perełek jak "Doom" i "Bunkier" ;) Muzyka dobrze ilustruje wydarzenia i świetnie komponuje się z wszelakiego rodzaju użytym w filmie "pikaniem".

Rolę mężczyzny przewożącego walizkę zagrał Don Cheadle, znany z takich filmów jak "Traffic", "Hotel Ruanda", wszystkie części "Ocean's" oraz fenomenalnego "Miasta Gniewu". Odsadę filmu zasilił także F. Murray Abraham, czyli mistrz ról drugoplanowych (wyjątek stanowi Salieri z "Amadeusza"), którego mogliśmy obejrzeć m.in. w filmach "Jej wysokość Afrodyta" i "Imię róży".

Jesli komuś nie przeszkadza patos w stylu: "Oddam życie dla dobra narodu" to film mu się spodoba. "Ticker" jest sprawnie nakręcony (genialne pierwsze ujęcie ze spadającymi nabojami) i cały czas trzyma w napięciu. Duży plus za muzykę idealnie stapiającą się z akcją i aktorstwo. Myśle, że Don Cheadle już wkrótce może znaleźć się w pierwszej lidze afroamerykańskich aktorów (jestem mega poprawna politycznie :D).

Aspekt promocyjny: BMW jest nie tylko niezniszczalne (nawet serie strzałów z helikoptera nie dadzą mu rady), ale także wyposażone w szereg funkcji ułatwiających przetrwanie, jak chociażby tworzenie zasłony pyłowej. Helikopter w starciu z BMW nie ma żadnych szans. Ponadto producenci znaleźli ciekawy sposób na przypomnienie nam o samochodowym zabezpieczeniu - dopóki drzwi pozostaną otwarte, dopóty "pikanie" nie da nam spokoju. Prezentacja funkcjonalności została genialnie wpleciona w akcję filmu i osobiście nadal pozostaje pod wrażeniem uroku tkwiącego w prostocie tego pomysłu. Logo widoczne umiarkowanie często. Czy również uważacie, że w filmie zaprezentowano jak do tej pory jeden z ładniejszych modeli? :)

THE END
El FIN
KONIEC

Nareszcie.
20:20, negativna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 lipca 2008
Mam mocne postanowienie poprawy. Będę pisać krócej, ale za to częściej. Z korzyścią dla wszystkich. Cudownie! Fantastycznie! Wspaniale! Podnoszę rzucone w moją stronę: kwiaty, słodycze, bieliznę (?!).

Korzystając ze wszechobecnej euforii przejdźmy do omówienia kolejnych filmów z serii "The Hire"

"Star" - Guy Ritchie ("Porachunki", "Przekręt", Rewolwer")

Kierowca przewozi arogancką gwiazdę. Postanawia dać jej nauczkę.



Guy Ritchie sam napisał scenariusz do filmu i zapewne nieprzypadkowo główną rolę zagrała w nim jego żona. Madonna pokazała, że ma do siebie spory dystans i właściwie zagrała mocno przerysowaną (mam nadzieję) samą siebie. Reżyser podkreślał, że nie chciał nakręcić kolejnego Bonda, a raczej coś co pozwoliłoby wykorzystać komediowy potencjał aktorów. Udało to mu się w stu procentach. Zabawne są zarówno dialogi, sama historia jak i gra aktorów. Bezsprzecznie Ritchie nakręcił jeden z lepszych odcinków serii. Także jako jedyny potraktował bardzo serio hasło przewodnie, czyli "BMW recommends that you always wear your seatbelt" :-)

Dużym atutem filmu jest muzyka. Twórcy postawili na utwory znane i lubiane - "Song 2" Blur i "Ride of the Valkyries" Wagnera, który pojawił się w niezliczonej ilości filmów, m.in. w "Czasie Apokalipsy" Coppoli i "8 i pół" Felliniego. Utwór rozpoczynający film to z kolei dzieło grupy Primal Scream.
Montażem zajął się Tom Muldon znany m.in. z filmów "Transformers" czy "Bad Boys 2", zdjęcia zaś efekt pracy Christophera Soosa, który zasłynął jako twórca kliku klipów The Offspring, Davida Bowiego i Smashing Pumpkins.

Aspekt promocyjny: Logo BMW widoczne pod wszelkimi możliwymi kątami i ze wszystkich możliwych stron. "Star" jest z pewnością najbardziej znanym filmem z całej serii.

"The Powder Keg" - Alejandro González Iñárritu ("Amores Perros", "21 Gramów", "Babel")

Kierowca musi uratować i wywieźć z Kolumbii, dziennikarza wojennego, który był światkiem masakry dokonanej na cywilach.



Alejandro González Iñárritu to jeden z najciekawszych współczesnych reżyserów. Każdy z jego filmów jest bardzo dobrze przyjmowany zarówno przez krytyków jak i widzów. Jest specjalistą od opowiadania o uczuciach bez popadania w melodramatyczny czy też moralizatorski ton. Osobiście uwielbiam sposób w jaki obrazuje w swoich filmach kłótnie. Jeśli widzieliście "Babel", porównajcie sobie scenę kłótni w samochodzie z tą z "The Powder Keg", a będziecie wiedzieć o co mi chodzi.

González Iñárritu zawsze bardzo angażuje się w proces powstawania swojego filmu, oprócz wyreżyserowania "The Powder Keg" zajął się m.in. montażem (wspólnie z Luisem Carballarem, montażystą "Amores Perros") oraz napisał scenariusz (wspólnie z Guillermo Arriga, z którym współpracował przy wszystkich swoich filmach).

Pierwszym co rzuca się w oczy podczas oglądania filmu są fantastyczne zdjęcia. Dzięki filmowaniu kamerą trzymaną w ręce udało się uzyskać efekt kręconego na gorąco dokumentu. Niesamowity nastrój tworzy także wręcz nienaturalnie zimna tonacja filmu. Zdjęcia są dziełem utytułowanego operatora, Roberta Richardsona (m.in. "Pluton", "JFK", "Urodzeni Mordercy", "Kill Bill", "Aviator").

Ogromy akcent w filmie położono na muzykę. Jej autorem jest Harry Gregson Williams, współpracownik samego Hansa Zimmera, autor ścieżek dźwiękowych m.in do filmów "Shrek", "Telefon", "Człowiek w Ogniu" czy "Opowieści z Narnii".
W filmie możemy usłyszeć balladę "Una Palabra", którą wykonuje Carlos Varela (została ona użyta także w finale "Człowieka w Ogniu") oraz utwór "Meditacion #9" autorstwa Sebastiana Escofeta.

Dużym plusem filmu jest również znakomite aktorstwo. W rolę postrzelonego dziennikarza wcielił się ulubieniec Larsa von Triera, Stellan Skarsgård, najbardziej znany z takich filmów jak "Przełamując fale", "Tańcząc w ciemnościach" i "Dogville". Matkę fotografa zagrała Lois Smith ("Upadek", "Przed egzekucją", "Raport Mniejszości").

Oglądając ten film zupełnie zapomina się o tym, że został nakręcony dla celów reklamowych. Opisana historia niesamowicie wzrusza (tak, prawie się popłakałam) i daje do myślenia. O czym właściwie jest ten film? O uczuciu łączącym matkę i syna, o tym jak handel narkotykami wykańcza Kolumbię, o roli fotografa w konfliktach wojskowych. Ciężko znaleźć właściwa odpowiedź. "The Powder Keg" jest na pewno świetnym przykładem na to, że aby pokazać przejmującą historię wystarczy jedynie 8 minut. Ponadto jest jednym z moich ulubionych filmów z całej serii.

Ciekawostka: Masakra z początku filmu inspirowana jest rzeczywistym wydarzeniem - w 1995 w Aguas Blancas w Meksyku rozstrzelano siedemnastu farmerów.

Aspekt promocyjny: Logo jest widoczne, ale nie gra głównej roli - przez rozedrgane zdjęcia właściwie ciężko się na nim skupić.

To by było na tyle.
Hura! Udało się! Wpis da się przeczytać w mniej niż dwie godziny ;-)

Adios

01:41, negativna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 20 lipca 2008

Kupno samochodu marki BMW to wydatek rzędu kilkuset tysięcy dolarów. Nietrudno się domyślić, że aby skłonić do zakupu takiego auta nie wystarczy zwykła reklama. Potrzebne jest coś więcej. Coś eleganckiego, subtelnego i nienachalnego.

Według badań przeprowadzonych przez BMW w 2000r. ich klientami są głównie żonaci mężczyźni w średnim wieku, dobrze zarabiający, a decyzję o zakupie samochodu konkretnej marki najczęściej podejmujący przy pomocy Internetu.

Aby dotrzeć do tak zdefiniowanego targetu, spece od promocji BMW postanowili stworzyć nową jakość - wyprodukować filmy, które ukazywałyby zalety samochodów marki BMW w sposób nienachalny i naturalny oraz udostępnić je w Internecie. Tak zwany product placement pełną parą. Oczywiście z tego typu marketingiem mieliśmy do czynienia już wcześniej (patrz Renata Dancewicz i jej riposta na słowa "Mówiła Pani, że nie nosi stanika" w filmie "Tato" - "Ale ten jest od Triumpha. Nie mogłam sie oprzeć, choć jest trochę za mały"), ale nigdy nie na taką skalę.

By spełnić oczekiwania potencjalnych klientów BMW zainwestowało miliony dolarów oraz pozyskało czołowych filmowych twórców i aktorów. Tak oto powstał "The Hire" - seria 8 krótkometrażowych filmów, reklamujących BMW, w których główny bohater (Kierowca) jeździ samochodem tej marki podejmując się nierzadko ryzykownych misji. Nie znam kosztów tej produkcji, ale domyślam się, że były spore. Zresztą tak jak i tkwiący w niej potencjał reklamowy.

O nakręcenie pierwszego filmu poproszono Davida Finchera ("Siedem", "Podziemny Krąg", "Azyl"), który ze względu na to, że w tym czasie pracował nad filmem "Azyl" zrezygnował i ostatecznie zgodził się jedynie nadzorować realizację całego projektu (jako executive producer). Fincher miał wpływ na scenariusze, wybór aktorów, a nawet reżyserów odpowiadających za poszczególne filmy. Główną rolę, spajającą wszystkie części serii, zagrał brytyjski aktor Clive Owen, który po udziale w "The Hire" rozpoczął iście gwiazdorską karierę ("Tożsamość Bourne'a", "Król Artur", "Bliżej", "Sin Sity", "Ludzkie Dzieci").

Do realizacji filmów zaproszono międzynarodową obsadę, gwarantując twórcom zupelną dowolność (widać to w delikatnym realizowaniu prywaty - o tym później). Każdy z reżyserów nakręcił film doskonale oddający jego styl, dzięki czemu mamy do czynienia z dużą różnorodnością gatunków. Obejrzymy film akcji, komedię, a nawet dramat. Pierwszy film z serii "Ambush" udostępniono na stronie internetowej BMW 26 kwietnia 2002 r. Kolejne pojawiały się tam w kilkutygodniowych odstępach czasu.

Przejdźmy do samych filmów.

"Ambush" - John Frankenheimer ("Ronin", "Francuski Łącznik 2")

Kiedy Kierowca przewozi zleceniodawcę, podjeżdża do niego van z zamaskowanym mężczyzną, który stawia mu ultimatum - wyda pasażera (przemytnika diamentów), albo
zginie. Kierowca błagany przez zleceniodawcę podejmuje próbę ucieczki.


Film nakręcony przez Frankenheimera to przykład typowego kina akcji. Mamy tu strzelaninę, szaleńczy pościg, a na końcu nawet potężny wybuch. Obsada aktorska nie budzi większych emocji, ale za to ekipa realizacyjna to już znane w branży filmowej postacie. Scenariusz do filmu napisał Andrew Kevin Walker ("Siedem", "Jeździec bez głowy", "Osiem milimetrów"), a za zdjęcia odpowiada Newton Thomas Singel ("Podejrzani", "X-Men", "Superman:Powrót") - wyreżyserował także dwa odcinki popularnego serialu "Dr House".

Jeśli ktoś lubi kino tego typu, film z pewnością mu sie spodoba. Jak dla mnie jest to najsłabsze ogniwo całej serii. Właściwie interesujące jest tylko zakończenie, dlatego warto obejrzeć do końca :-)

Aspekt promocyjny: Logo BMW widoczne jest w filmie podejrzanie często, a sam samochód jawi się jako niezniszczalny (zniesie nawet serię z karabinu maszynowego) - czyżby twórcy chcieli wypróbować cierpliwość widzów?

"Chosen" - Ang Lee ("Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok", "Hulk", "Ostrożnie, Pożądanie!", "Tajemnica Brokeback Mountain")

Kierowca odbiera z portu buddyjskie dziecko, które ma zadanie przewieźć do domu mnicha. Od razu pojawiają się jednak ludzie, którzy chcą mu w tym przeszkodzić.

"Chosen" był pierwszym filmem, który Ang Lee nakręcił po "Przyczajonym Tygrysie, Ukrytym Smoku". Podobnie jak swój poprzednik i to dzieło zachwyca choreografią. Samochody w filmie zdają się tańczyć w jakimś zmotoryzowanym balecie. Właściwie sama scena pościgu jest moim zdaniem jedną z najciekawszych scen tego typu jakąkolwiek nakręcono.

Jak stwierdził sam reżyser, aby widz mógł dobrze wczuć się w emocje bohaterów konieczne są częste zbliżenia na ich twarze i tych rzeczywiście w filmie nie brakuje. Aktorzy grają głównie twarzą, co wymuszone jest także przez samą tematykę filmu i związaną z nią ubogą listą dialogową. Warto zwrócić uwagę na muzykę, która w niezwykły sposób buduje klimat filmu. Jej autorem jest Michael Danna, twórca ścieżek dźwiękowych m.in do filmów "Capote", "Mała Miss", "Przerwana lekcja muzyki" i "Na fali". Znany jest także jako kompozytor utworu "The Blood of Cuchulainn" z filmu "Święci z Bostonu")

Ekipa odpowiedzialna za techniczną stronę filmu, to twórcy dobrze znani z poprzednich filmów Lee, takich jak: "Burza lodowa", "Przejażdżka z diabłem" i "Hulk" - Frederick Elmes (zdjęcia), którego znać możemy także z filmu "Blue Velvet" D.Lyncha oraz Tim Squyres etatowy montażysta filmów Anga Lee (łącznie z "Chosen" zrealizowali do tej pory 11 wspólnych filmów), z "Ostrożnie, Pożądanie!" i "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok" na czele. Wspomnijmy jeszcze, że za efekty specjalne odpowiada John Ottesen twórca efektów do czterech kolejnych filmów Woody'ego Allena ("Klątwa Skorpiona", "Koniec z Hollywood", "Życie i cała reszta" oraz "Melinda i Melinda")

Film ogląda się z dużym zainteresowaniem, doceniam zwłaszcza towarzyszący mu tajemniczy nastrój i umiejętne epatowanie humorem.

Aspekt promocyjny: Film udowadnia, że BMW to samochód, który prowadzi się lekko, łatwo i przyjemnie. Nawet po tak ekstremalnych powierzchniach jak lód iw taj nietypowych warunkach (pościg, strzelanina).

Uwaga SPOILER: na plastrze, który chłopiec daje Kierowcy widnieje Hulk, tytułowy bohater kolejnego reżyserowanego przez Anga Lee filmu - taka mała prywata :-) Koniec SPOILERA

"The Follow" - Wong Kar Wai ("Chungking Express", "Happy Toghether", "Spragnieni Miłości", "2046")

Kierowca śledzi żonę znanego aktora, który podejrzewa, że ta go zdradza.


"The Follow" odbiega klimatem od poprzednich filmów z serii. Nie doświadczymy tu żadnego pościgu i strzelaniny, ale za to dowiemy się jak skutecznie śledzić podejrzane o niewierność żony. Jak zauważył reżyser w filmach muzyka jest zwykle tłem do rozgrywających sie wydarzeń, sam w swoim dziele odwrócił proporcje. Muzyka w tym filmie wysuwa się na pierwszy plan, idealnie współgrając z obrazem i tworząc niesamowity nastrój. A utworem o którym mowa jest "Mi Unicornio Azul" Mercedes Sosa i Charly Garcia.

Autorem zdjęć jest Harris Savides ("Zodiak", "American Gangster", a scenografię i montaż stworzył William Chang, bliski współpracownik reżysera, który tworzył oparwę do wszystkich jego filmów (z wyjątkiem "Ashes of Time Redux").

"The Follow" ma zdecydowanie najmocniejszą obsadę aktorską spośród wszystkich filmów pierwszej serii. Zazdrosnego męża zagrał Mickey Rourke ("9 i pół tygodnia", "Harry Angel", "Sin City"), a zleceniodawcę Forest Whitaker ("Ostatni król Szkocji", "Azyl", "Telefon"). W postać żony wcieliła się brazylijska modelka Adriana Lima.

Aspekt promocyjny: To przecież oczywiste, że żona gwiazdora filmowego będzie jeździć BMW :-). Poza tym bohaterami drugoplanowymi są aż dwa samochody tej marki (logo jak zawsze dobrze widoczne).

A w kolejnym poście z serii "Co słychać u BMW" przeczytacie m.in.

- o tym dlaczego warto zapinać pasy

- o genialnym epizodzie Marilyn Mansona

- o tym czemu James Brown zawdzięczał swój sukces i bogactwo :)

Hasta la vista!
12:33, negativna
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 lipca 2008

"I'm only happy when it rains
I'm only happy when it's complicated
And though I know you cant appreciate it
I'm only happy when it rains"
Garbage

Filmy: oglądam, krytykuję, kręcę i montuję

Muzyka: Arystoteles pisał, że wpływa na uszlachetnienie obyczajów. Na wszelki wypadek nie tylko śpiewam, ale i sobie przygrywam na gitarze (w bliskiej przyszłości także na basie). Myślę, że najdalej do końca roku osiągnę poziom Janko Muzykanta.

Filozofia: Staram się jak mogę, ale moje uczucie względem niej nadal pozostaje nieodwzajemnione.

Nie znam się na niczym.
Nie mam żadnego tytułu przed nazwiskiem.
Nie jestem nawet nanocelebrytką.
Wybitną basistką pewnie nie zostanę, ale spróbować nie zaszkodzi.
Cieszę się z małych sukcesów, bo wielkich nie mam.
Trzymam dystans, bo formy nie daję rady.
Kiedyś grałam w brydża, brak stałego partnera zaprzepaścił moje szanse na mistrzowstwo. Trudno.
Moim aktualnym marzeniem #1 jest mieć święty spokój.
Lubię komplementy odnoszące się do intelektu.
Nie bywam na darmowych masowych koncertach - obce są mi Juwenalia i inne Woodstocki.
Jestem mistrzynią przystankowych slalomów - nieznajomi, nie dotykajcie mnie!

Chaos ma swój urok, prawda?

A blog będzie o filmach. I o muzyce. I o filozofii. I trochę o reklamie. To będzie taki blog kulturalny, o! Bo jak coś jest od wszystkiego to jest do niczego. Fajnie.

"Wierność jest dla życia uczuciowego tym, czym stabilizacja dla życia intelektu - mianowicie przyznaniem się do niepowodzenia" (The Picture of Dorian Gray). No cóż, z Oscarem Wilde polemizować nie będę.

Ciężko być intelektualistką w tych okrutnych czasach ;-)

Oficjalny start: niedziela, 13.07.2008, godz. 23:00. Będzie. Kiedyś. Mam nadzieję, że wcześniej niż później.

 

20:08, negativna
Link Komentarze (6) »